ch**owa pani lochu

Za okopconą szybką wesoło pląsały pomarańczowe płomienie, przy akompaniamencie cichych trzasków pękających polan.

Ciepło rozgrzewało stopy wystające spod koca z wielbłądziej wełny, a delikatny szum wiatru za oknem dyskretnie przypominał o jesieni. W niemal absolutnej ciszy krople deszczu za oknem toczyły wyścig z ociężałymi łzami cabernet sauvignon w kieliszku.
Cierpki i bogaty aromat ulubionego trunku doskonale komponował się z dyskretnym zapachem płonących świec.
Idealnie. Taka jesień może trwać wiecznie.

– Jeszcze kropelkę?
– Tak, poproszę… – mruknęło coś pod kocem, wysuwając szklaną czaszę wielkości małego globusa.
Ostatnie krople zmieniły lokalizację i zniknęły pod kocem.
– Płyldm..?
– Że co? – Karol się lekko zdumiał.
– Pytałam czy przyjdą …
– A tak, na pewno przyjadą. Znaczy się tak mówili.
Niemal w tej samej chwili rozległ się dźwięk klaksonu, przytłumiony nieco deszczem.

Karol wyskoczył spod ciepłego nakrycia, w locie założył buty i kurtkę.

Drzwi klapnęły za nim cicho gdy żwawym krokiem szedł do bramy po mozaice usypanej fantazyjnie z kilku rodzajów drobnego żwiru.
Jego duma i trzy dni ciężkiej pracy.

Był nieco zaskoczony gdy przy bramie zastał gości jeszcze w samochodzie.
– Witajcie! Karol jestem. – uśmiechnął się pukając w szybę Astry z ubiegłego stulecia.
Szyba powoli zjechała w dół, a zza niej spojrzały na niego lekko przekrwione oczka, osadzone w sympatycznej i nieco pucułowatej twarzy.
Wrażenie psuł nieco makijaż a’la panda.
– No, cześć. – odpowiedziała właścicielka zoologicznego mejkapu. – masz może parasol?
– E… nie…
– Jurek, musimy wjechać. Karolu, otwórz proszę bramę.

Troszkę go zatkało, ale bez słowa odsunął metalowy segment odsłaniając wjazd.
Opel troszkę się pokręcił, po czym ryknął (na tyle na ile litrowy silnik na gazie pozwolił) i szaleńczym zrywem przeleciał przez drobne kamyczki, hamując z piskiem opon przed drzwiami.

OK. To były tylko trzy dni, kiedyś usypię nowe wzorki – mruknął do siebie w myslach Karol i podążył za gośćmi, którzy już raźno pakowali się do domu.

Niewielką satysfakcję dało mu gdy odkrył przyczynę lwiego ryku Astry. Zardzewiały tłumik leżał mniej więcej w połowie podjazdu.

W przedpokoju, zdejmując mokrą kurtkę i zmieniając buty na ulubione domowe klapki, usłyszał stłumione nieco dźwięki powitań… Dorwali ją.

Do salonu wpadł mniej więcej w momencie gdy Jurek z Magdą, znani raczej jako Wu-wu, szeroko uśmiechnięci wymieniali uśmiechy z jego Anią.

– O, a oto i gospodarz! – uśmiechnął się do niego Duży Wu wyciągając rękę. – Poznaj proszę światło mojego życia – moją małą „wu”.
„wu” ucałowała powietrze koło jego uszu i szybciutko zajęła fotel naprzeciw kominka.
– Ojezu, jaka do dupy ta droga, błądziliśmy chyba z godzinę po tym zadupiu. – rzuciła wyciągając nogi w kierunku ognia – Ale super że się udało dotrzeć. Bardzo miło was poznać tak w ogóle. Fajnie że wreszcie w realu się widzimy.
Jacek uśmiechnął się jeszcze raz i podał Karolowi reklamówkę Baltony, przyjemnie obciążoną.
– Korkociąg?

Po chwili cała czwórka obsiadła stoliczek z ciastkami naprzeciw paleniska i pogrążyła się w rozmowach o pierdołach. Jak to na czacie.
Dziewczyny raźno suszyły już drugą butelkę „Egri Bikaver” zagryzając ciastkami upieczonymi przez Anię, Panowie za to – jak na „duże literki” przystało – powściągliwie dodawali słowo lub dwa do toczącej się konwersacji.

Po mniej więcej godzinie Anka mrugnęła do Magdy porozumiewawczo i za chwilę zniknęły z horyzontu…
Po kilku minutach zaniepokojony Jacek sprawdził toaletę, łazienkę… ale jego partnerka jak nic zaginęła.
– Karol, cholera, gdzie one mogły wyparować?
– Cóż, mam pewne przeczucia… – powiedział gospodarz wstając.

Okazało się że się nie pomylił. Dziewczęta odnalazły się w pokoju na końcu korytarza.
Już od progu Karol wyczul że coś jest nie tak, gdy zobaczył swoją partnerkę z dziwną miną opartą o ścianę.

– Ania, no co to jest?! – zabrzmiało gdzieś z głębi pomieszczenia – Te dyby są NIEWYPOLEROWANE! Przecież może się wbić drzazga, no i jak to posprzątać? Przecież tu kurz aż normalnie żyje swoim życiem…

Spojrzenie Ani mówiło wszystko.
Panowie stanęli w progu z rosnącym zaciekawieniem słuchając lekko bełkotliwego monologu gdzieś z wnętrza.

– No nieeee… nie wierzę… sswykły pas?! Przecież to niewygodne. Koniecznie musicie sprawić sobie tego, no… tabsa. My z Jerzym już pasa nie używamy, od kiedy zamówiliśmy u Henryka zestaw kutsomi… no, na wymiar robionych, tabsów.
– No faktycznie, już nie używamy… – mruknął Jurek z lekkim sentymentem w głosie.

– A co to znowu? Zwariowałaś?! Dajesz mu tego używać? Przecież te linki są chropowate! Mogą obcierać! No i jak to zdezynfekować potem? No wydaje mi się że musisz swojego pana nauczyć troszkę odpowiedzialności. Bo my z Jerzym używamy tylko lin nylonowych bez rdzenia, certyfikowanych i łatwych do utrzymania w higienie…
– Ale ja lubię… – próbowała wtrącić gospodyni.
– Taaaa… lubisz, bo tak cię nauczył. My z Jerzym to no…. hep… klimacimy się tylko bezpiecznie! Nie można się zgadzać na wszystko! Owinął cię.. hep… wokół palca! – czkawka nieco osłabiła powagę wypowiedzi Magdy.

Huk i metaliczny chrzest zaakcentowały spotkanie wizytatorki z koszykiem, który jeszcze chwilę temu stał na komodzie.
– To zestaw do podwieszeń, do niego mocu… – próbował wyjaśnić Karol.
– A, ja już widziałam ten zestaw u was na zdjęciach. Skrajna nieodpowiedzialność! Nie używacie nawet… hep… szybkowypitentego, no jak jej tam… no tego zaczepu do szybkiego wypięcia. Ty… hep… zdajesz sobie sprawę że to może się skończyć tragedią?! A masz w ogóle nożyczki chirurgiczne w razie czego?
– Nie, używam noża myśliwskiego, ma takie ostrze z zaokrąglonym końcem do…
– No nie wierzę… I co, hep… uważasz że to w czymś pomoże? My z… hep… Jerzym… – nie zdążyła zakończyć zdania, ponieważ zatoczywszy sie z lekka została podstępnie zaatakowana przez dywan, z którym przywitała się z głuchym plaśnięciem. Dało sie słyszeć jeszcze – Oszszkuf… nieodhuszoeeee… – zanim chrapanie zdradziło że Magdalena, zwana powszechnie „wu” podpora czatu i najbardziej sukowata z suk oraz wyrocznia we wszelkich sprawach klimatycznych, odeszła w objęcia Morfeusza (chwilowo dzielone z Dionizosem).

– I to było by na tyle… – podsumował wesoło Jurek – pozwolicie że skorzystam z łazienki?.
Po zgodnym i entuzjastycznym kiwnięciu gospodarzy podniósł swoją sucz i przeniósł ją do pobliskiego pomieszczenia, gdzie przewieszona przez brzeg wanny lekko się przebudziła zapewne, bo dało się słyszeć „Zielone kawwelki?! No nieeee…” zanim drzwi litościwie wytłumiły resztę.

Noc przebiegła spokojnie, nie licząc kilku spacerów gości do pomieszczeń sanitarnych.

Rano przy śniadaniu nad oparami gotowanej po arabsku kawy unosił się duch milczenia, do czasu aż Magda z oczami jak szparki w zapuchniętej twarzy, ale za to już z odnowioną pandą, szepnęła cicho:
– To te ciastka. Na pewno mi zaszkodziły…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s