dziwny dzień

Znów się niemal spóźnił.
Gorąca kawa z automatu parzyla palce gdy wbiegł do pokoju.
No, prawie wbiegł, bo groźba zderzenia z asystentką idąca w pozycji typowego zombiaka skutecznie go przyhamowała.

Pośpiesznie zalogował się do systemu… uff… zdążył.

– Agnieszka, co ty odpierdzielasz z tymi papierami? Idziesz jak byś świata nie widziała…
– No bo kurna nie widzę, ślepy jesteś, czy co? Misiek kazał mi pozbyć się starych ofert. Mam do wyboru zanieść je do niszczarki, lub przeżuć na miejscu i z papierowej masy zbudować pomnik biurokracji. Co byś doradził? – szyderczy błysk jedynego oka widocznego pod imponujaca grzywą nie wyglądał przyjaźnie…
– No, ten tego… – Marek się na chwile zawachał – a ta Biurokracja to by ładna byla?
– Yhym, jak pani Helenka we własnej osobie.
– To wiesz, już wolę ślepego zombiaka noszącego papiery.
Z miny Agi nic nie dało się wyczytać, bo zniknęła za kolejnym stosem niesionych papierzysk.

Marek zecydowanie zanurzył się w walidacji projektów, którą miał przygotować na zebranie. Zebranie było wczoraj i jakoś walidacja potrzebna na szczęście nie była, ale Miśkowi mogło się przypomnieć w kazdej chwili. Lepiej szybko skonczyć i mieć z głowy.

Mniej wiecej w czterdziestej sekundzie pisania dokumentu jego uwagę odwrócił gustowny berecik wypełniony monetami, który cicho brzęknął opadając na klawiaturę.
– A kolega to co?!
Głos Szefa (zwanego w kuluarach Miskiem) nie pozostawiał złudzeń… Bylo źle. Tylko co ma do tego ten berecik?
– Juz kończę, bo mi się takie jedno coś przypomniało… – Marek próbował się usmiechnąć na obowiązkowym luzie, jednocześnie przełączając okienko na Outlooka. Wyszło ciut nerwowo.
– Marek, wszyscy juz dali, a ty co?
– Znaczy ja wiem że wszyscy dali, już piszę ocenę tych projektów właśnie…
– Jakich projektow?… A… Ożeszty! Dobrze że mi przypomniałeś, za godzinę mam to mieć u siebie w skrzynce, masz świadomość że to miało być wczoraj?
– Wiem, ale…
– Dobra, nie tłumacz się. Kończ i wysyłaj.
Marek zamknał oczy, odczekał pół minuty od kiedy zamknęły się drzwi i odetchnął.
Po chwili świat wokół przełączył się na SWAT-y i BATNy, wykresiki i slajdy… i tak już zostało.

Otrzeźwiał w chwili gdy z korporacyjnego transu wyrwało go oblicze Furii i Gorgony w jednym.
– Panie Mareeczkuuuuuuuu, a co pan tu jeszcze robi?
O tak, pani Helenka była klasa samą dla siebie…
Spojrzał w okno i skamieniał, a po plecach popłynął strumyczek zimnego potu. Cholera, znow się spóźni.Granatowy zmierzch nie pozostawial złudzeń – było już dobrze po piatej.
– Zzzzznikam, już znikam, nie ma mnie! – rzucił sprzątaczce, i popędził dzikim galopem do windy.

Gdy wpadł do domu, wypluwając po drodze płuca na schodach, jego Słoneczko przywitało go nieco chłodnym blaskiem…
Powiedzmy nie była to arktyka, ale zdecydowanie daleko na północ od Warszawy. No, tak mniej wiecej Helsinki.

– Cześć Kochanie, strasznie przepraszam… – cmoknał Słoneczko w środek tarczy.
– No, żeby to mi było po raz ostatni – żartobliwie zagroziło światło jego życia, a klimat spłynął łagodnie w okolice Aten. Jeszcze nie wiedział jak trafne było to skojarzenie.

Gęś odegnała wszelkie troski, rozpraszając je w aromacie sliwkowego sosu, a doskonale dopieczone młode ziemniaczki (pozdrowienia z Marakeszu) i surówka z chrupkiej sałaty zagrały akompaniament. Ech, żyć nie umierać!

Wieczór należał by do wręcz niezwykle udanych, gdyby nie dziwne spojżenia Anki, dziwniejące z minuty na minutę.
Zrobił szybki rachunek sumienia, i nie znalazł nic wartego wiekszej pokuty. Zrobił raz jeszcze i …
– Aniu, zapomniałem o czymś chyba…
– No, możliwe, możliwe…
Acha! Uśmiech, czyli jest na dobrym tropie.
– Chyba nie zapłaciłem ostatniej faktury za…
Światlo zgasło.

Milczenie trwało troszkę dłużej niż chwilę.
– Może za prąd? – Jadowity syk nie pozostawial złudzen co do nastroju.
– …
– Zrobisz coś z tym wreszcie?!

Po kilku minutach na stole zapłonęła świeca, ale w Atenach zapanował zdecydowany kryzys, a klimat odbijający się we wściekłych oczkach Słoneczka był coraz bardziej podbiegunowy.
– Kochanie, nie ma innej … – Marek usmiechnął się niepewnie
– To co? Przy kim dziś czuwamy? – Ania patrzyla wymownie na płomień gromnicy.
– Ech, no i co ja mam powiedzieć? Rany koguta co za dzien dzisiaj, a teraz jeszcze to… Strasznie Cię przepraszam, naprawdę nie wiem jak to tak dziwnie wyszło…
– Cholerny idioto, ja doskonale wiem jaki dziś jest dzień, ale i tak cie kocham.

Chwilę później wylądowali na dywanie i spletli się w ceremonii przeprosin i zadośćuczynienia starej jak świat.

Nawet niespecjalnie się zdziwił, gdy w pewnym momencie szepnęła
– Jak zbrodnia, to i kara…
Przywiązanie rąk do łóżka najlepszym jedwabnym krawatem, a nóg – jej własnymi pończochami, spowodowało że krew zdecydowanie przemieściła sie w okolicę równika i wypiętrzyła całkiem spore wzniesienie.
Ania rozpoczęła wspinaczkę na nowy szczyt. Zdobywała go od samego dołu, pnąc się w kierunku wierzchołka, i pozbywając się w trakcie wspinaczki zbednej odzieży.
Everest powoli zaczynał się zamieniać w Górę Św. Heleny… Bolesny ucisk w komorze magmowej miał wkrótce powtórzyc tragedię z przeszłości, jeśli ciśnienie nie zostanie uwolnione.
Zdobywczyni delikatnym ruchem jezyka musnęła szczyt…
– A teraz… – szepnęła uwodzicielsko patrzac mu prosto w oczy – A teeerazzzz … powtorzyła owiewając gorącym oddechem gotowy do eksplozji wulkan – …dobranoc Kochanie
Nie mógł uwierzyć! Nie mogła tego tak zostawić! Nie mogła? Ech…

Obudził sie nastepnego dnia rano, z lekko obolałymi nadgarstkami, ale rozwiązany.
Słoneczko słodko spało na kanapie w salonie. Wredna sadystka. Uśmiechnął się planując rozkoszną zemstę…

W biurze był tym razem pierwszy. Rozbrajając alarm rzucił okiem na wyświetlacz… 9 marca.

O jasna cholera….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s