Jej ostatnie chwile

Czułem jej wilgotną miękkość pod palcami.

Była taka jak lubię, przyjemnie chłodna, lecz pod wprawnymi palcami rozgrzewała się szybko.
Nie mogłem nacieszyć się jej pełnym kształtem, tak pełnym, a zarazem jędrnym.
Każdy ruch, każde dotknięcie, budziło ulotne wrażenia, chłodny oddech raju…

Ona nie wiedziała, ale przed nią było jeszcze piekło.
Z bólem myślałem o tym co będę musiał zrobić, ale nie było odwrotu.

Przecież za nią zapłaciłem.

Tego pamiętnego dnia wyzwoliłem ją z rąk obrzydliwego, śliniącego się dziada.
Obyło się bez przemocy, wystarczyło kilka banknotów i wymuszony uśmiech.
Pamiętam jak na nią spojrzał po raz ostatni… „oj, będzie pan zadowolony, panie (…), będzie pan zadowolony…”.

Skąd znał moje nazwisko?! Parszywy drań, musiał udowodnić, że ma nade mną przewagę. Gapił się na mnie bezczelnie, trzymając na niej swoje oślizłe łapska.

Dość tego. Chwyciłem ją zdecydowanie i zabrałem ze sobą… Była taka cicha.

Jechaliśmy ponad godzinę, a ja z każdą minutą czułem coraz intensywniej jej zapach, tak naturalny, wyraźny i jednocześnie świeży.

Dość wspomnień. Czas wziąć się do działania.

Była już po długiej kąpieli, która oczyściła ją i przygotowała na to, co miało wkrótce nadejść…

Wonna oliwka wcierana silnymi, zdecydowanymi ruchami, zmieniała ją.
Wkrótce poczułem, jak pod wprawnymi, doświadczonymi palcami zaczyna się poddawać…
Badałem wszystkie jej krągłości, urocze zagłębienia, a ona tak sprężyście przyjmowała każdą pieszczotę.
Wkrótce czekała na mnie satynowo błyszcząc wilgocią…

Poczekam.

Uwielbiam patrzeć jak wilgoć matowieje, by po chwili znów ożyć pod pieszczotą moich dłoni.

Wreszcie była gotowa, pachnąca i przygotowana na to co jeszcze dla niej szykowałem, zapewne pełna nadziei, ale i kompletnie nieświadoma tego, czym za chwilę się stanie.

Jeszcze raz spojrzałem na nią z uczuciem i wymierzyłem solidnego klapsa, potem kolejnego.
Od krótkich akcentów po równomierne stacatto rytmicznych uderzeń.
Dłoń mrowiła mnie, zaczerwieniona.

Odpocząłem chwilę, odwróciłem moją ukochaną i ponownie zapamiętałem się w bolesnej pieszczocie.
Nie wiem jak długo to trwało, ale gdy pot spłynął słonymi kroplami do kącików ust uznałem, że wystarczy.

Nie dałem jej jednak odpocząć.

Pewną ręką sięgnąłem za siebie i już wkrótce między palcami rozwijałem pęta… Mocny chwyt, pętla, węzeł, zacisnąć. Potem dookoła, patrząc, jak po każdym okrążeniu ręce węzłów splatają się w pełnych pasji połączeniach.

Poprowadziłem oplot pod nią, znów czując wilgotną miękkość, gdy poddawała się moim palcom.
Kilka razy musiałem poprawić sznur, który ześlizgnął się z jej krągłości, za każdym razem zaciskając go mocniej w nowej pozycji.

Wreszcie była gotowa.

Wzór wciskał się w nią głęboko, tak głęboko jak tylko pozwalało na to jej ciało.
W niektórych miejscach lekko zmieniła kolor, ale wkrótce czekało ją to w znacznie większej skali.

Czy była tego świadoma, miała czas by się obawiać?
Nie, wiem że oddała mi się bez reszty.
Naprawdę nie miała pojęcia jakie piekło jej szykuję.

Z ostatnich oplotów przygotowałem dodatkową pętlę, chwyciłem za nią, i pociągnąłem za sobą.

Wkrótce byliśmy na miejscu.
Drewniane drzwiczki otworzyły się z widocznym oporem, cichutko skrzypiąc.

Oby tylko sąsiedzi nie zauważyli, bo nie zamierzałem się nią z nikim dzielić.
Z nikim.
Była, jest i będzie tylko moja.

Szybko się rozejrzałem i zdecydowanym ruchem przerzuciłem linkę nad poziomą belką.
Kilka pociągnięć i już wisiała, delikatnie obracając się w chłodnych powiewach jesiennego wiatru.

Garść spóźnionych listków wpadła do środka, a jeden z nich przylepił się do jej spętanej wilgoci.
Dałem mu chwilę nacieszyć się jej słodyczą, po czym usunąłem go, by nie zepsuł tego co wspólnie z nią stworzyliśmy.

Popatrzyłem na nią po raz ostatni.

Chyba zaczęła już coś przeczuwać, bo wydawało mi się że drży bardziej niż tylko od listopadowego wiatru.

Nie czas na sentymenty.

Zdecydowanym ruchem zatrzasnąłem drzwi, pogrążając ją po raz ostatni w ciemności.
Chwilę później otworzyłem mniejsze, żeliwne drzwiczki, i starannie ułożyłem kawałki drewna. Jej ostatnie ognisko.

Oczyszczający stos, który miał ją uwiecznić dla mnie.

Jeszcze raz sprawdziłem czy wszystko jest jak należy i podpaliłem drobne drzazgi. Płomienie coraz śmielej sobie poczynały, liżąc większe kawałki wiśniowego drewna.

Ale piekło, które dla niej przygotowałem nie składało się tylko z ognia.
Ogień nie powinien nawet jej dotknąć.
Torba wiórów powędrowała na górę, zamknąłem ciężkie żeliwne drzwiczki i już po chwili spomiędzy deseczek zaczął wydobywać się gorący dym.

Wkrótce dym nie będzie pachniał tylko starym sadem, ale i nią.

Poczuję jej zapach jeśli poczekam? Czy pochwyci go i uniesie wiatr?

Spojrzałem na termometr i poważnie się zastanowiłem… Jak długo należy wędzić szynkę w gorącym dymie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s